
Zagnamy w największe otchłanie świata pomimo trudów I wyczerpania dostrzegaj piękno bo już tam nie wrócisz.

Egilsstaðir 15 tysięczne miasteczko, co na islandzkie warunki można by nazwać wielkim, potraktowałem jako bazę zaopatrzeniową jak traper odwiedzający sklep w mieście na Dzikim Zachodzie. Dostrzegłem jednak piękno mimo nie zachęcających opisów, choć głównie usytuowania i przyrodniczych zjawisk, mniej zaś zabodowy. Zjadłem. Była 18 ta. Ciągnęło mnie na wschód, choć wiedziałem, że trzenatbedzie wracać ale nie spieszyło mi się jeszcze na południe. Seyðisfjörður port skąd można się dostać na Wyspy Owcze, z długą fiordową zatoką, zabudową w stylu norweskim i.. górami naokoło ponad tysiąc metrowymi…i te okazały się wyzwaniem. Serpentyny wily się i wily I wznoszeniu drogi nie było końca. Kiedy dotarłem prawie na wierzchołek pomyślałem, że dla rowerzysty to idealne miejsce. W którakolwiek stronę zmierza, zawsze będzie miał w dół. Na górze jednak wiało, coraz mocniej padał descz, było nie więcej niż 4 C°,szaro jednak otoczenie wydawalo się niezwykle. Prawie na szczycie pojawiło się wielkie jezioro niczym morze wyłaniające się z mgieł. Horyzont zlewal się łącząc wodę z niebem. Było mroczno i niesamowicie. Ptaki wydawały inne niż na dole głosy, kry zanurzone w wodzie pływały niczym duchy łodzi Vikingów, wiatr wył jakby nawoływał ku przestrodze zagubionym wędrowcom, którzy zapuszczą się o niewłaściwej porze w te rejony.

Z góry serpentynami zjeżdżałem w deszczu, wietrze, chodzie i poczuciem niezwykłości doświadczonej tam, pomiędzy miastami w miejscu poza cywilizacją, poza czasem, z po granicy wody, nieba i ziemi. A moja chęć, żeby tam wrócić pozostanie tylko chęcią, bo takie miejsca są z tych, które spotykasz na swej drodze raz na chwilowym przecięciu linii czasu i przestrzeni. Potem już się to nigdy nie zdarzy.

odpłynąłeś na krze ? gdzie dzień dziewiąty ? czekamy 🙂