
Po opuszczeniu portowego miasteczka na powrót udałem się przez serpentynową górę. Tym razem za dnia świat tam wyglądał zgoła imaczej. W poświacie słońca mieniły się szyty a znagła liczne stawy odbijały szmaragdem czy zielenią padające na nie słońce. Płaty śniegu położone na górach odbijały się niczym obłoki.

Staw na górze wyglądał znacznie miajszy a sople nie miały już w sobie tej mrocznej niesamowitości.

Droga wojownika dharmy wiedzie przed siebie a poruszenia świadomości są jedynie jego nieodłącznymi towarzyszami.

W Egilsstaðir znowu zakupy a potem jedynką do Eskifiordur jednak po drodze… na przydrożnej mapie zobaczyłem, że jest tam jakaś zaznaczona przerywaną liniawstara droga. I tak zaczęła się moja kolejna przygoda w przejeżdżaniu a raczej przemieszczania się z rowerem przez przełęcz pomiędzy górami wzdłuż rwącego potoku. Wyjechałem o 18 tej ale grubo po 23 zdecydowałem na biwak nad dwoma potokami pod przełęczą. Wiało, temp. najwyżej 4 C°. Usmażyłem jeszcze wegańskie hamburgery aby zrównoważyć ubytek korii. Miejscami wszak jak tragarz sherpa najpierw taszczyłem sakwy a potem srwcsle i po rower.


