
Po zimnej nocy dzień dodał parę stopni więc trochę się przespałem. Poranna kawa i crunchy z podgrzanym jogurtem. Kiedy ruszyłem na przełęcz okazała się nie tak bliska a kamienie nie tak nieliczne.

Kontynuowałem więc moją przeprawę raz prowadząc mustanga raz będąc sherpą z jukami. Z obu stron prowadziły mnie góry jeden, czasem dwa potoki wzdłuż i wiele, wiele w poprzek, te jed AK musiałem mozolnie przechodzić. Dopiero kawałek za przełęczą pojawiało się więcej traw potoki odgradzające mnie jednak od końce doliny nieustannie się pojawiały. Ot taki przerywnik dla zdrożonego wędrowca.

To był niezbędny dzień i noc przeprawy przez dolinę. Każdy ma w życiu taką dolinę, kiedy to piętrzą się przeszkody, droga wydaje się mozolna, końca nie widać a jednak ze spokojnem trzeba ją przejść. Najpierw zobaczyłem słupy wysokiego napięcia, pierwsze zjawisko jakże współczesnej cywilizacji. Miasteczko na które wyszedłem to Reyðarfjörður.

Prawie 30 godzinna przeprawa przez dolinę to było jakby przejście. Przejście w kamienistych trudach poprzezz inny, równoległy świat. Jedynymi towarzyszami były mi ptaki i z rzadka pasące się owce. Kiedy natrafiałem na kolejny i następny kamienisty strumień na drodze, pojawiało się zniechęcenie, zmęczenie, rozczarowanie przywoływałem czasem na myśl postać polskiego podróżnika Kazimierza Nowaka, który rowerem, a często go tak jak ja prowadząc przemierzał w latach 30 tych XX wieku Afrykę.
Ja zanurzyłem się w jakże inny niż w afrykański kontynent świat. Ale dla podróżnika świat który przemierza jest jedynie polem obserwacji i doświadczania a istotą samo wędrowanie.
Zanurzasz się w jednym świecie aby jeszcze głębiej doświadczyć kolejnego.