
Tym razem podróż zaczęła się ze spokojnego miasteczka Fakrudfjordur drogą dla odmiany nr 1 jednak miejscami przypominała ona ta wczorajsą. Po drodze była naprawa dentki. Okazało się, że jeśli masz uniwersalną pompkę i dentkę z zaworem samochodowym AV ie znaczy, że będzie pasował do twojej obręczy 😁 Tak też było jednak pomogło dokręcenie zaworu (PV) małym kluczem francuskim. A już myślałem, że koła tak dostały w kość po kamiennej przeprawie przez doliny, że trzeba je będzie poważnie reperować. Jednak firma Schwalbe spisuje się na razie bez zarzutu.

Jadę więc dalej teraz już krajową jedynką, choć miejscami nie odbiegającej od pobocznych dróg. Samochodów dość mało, klify i wybrzeże podobne, pogoda też- pochmurno i mgliście.

W miejscowości Stöðvarfjörður znajduje się znana na świecie kolekcja kamieni Petry Sveinsdottir https://www.steinapetra.is/ która przez lata wyzbierała wszystkie kamienie półszlachetne zeolity z okolicy aż zamknięto obszar ich występowania w parku narodowym i nie można już zbierać zamiast tego pokaźna kolekcja dostępna jest w muzeum Petry 😐 Podobno najciekawsza na świecie.


To jest jednak Islandia. Kiedy już odjechał paręnaście km i zatrzymałem mustanga przy punkcie widokowym zauważyłem, że samochód który stoi tam na włączonym silniku jest pusty a na prawie pionowej ścianie skalnej nieopodal widać 2 maleńkie sylwetki. Okazała się to być para Islandczyków w Rejkyawiku, którzy szukali kamieni, których jeszcze nie wyzbierała Petra

Kiedy tak jechałem i jechałem niespiesznie a wieczór się również bez pośpiechu zbliżał spojrzalem na prognozę i w 2 serwisach zapowiadane były mega deszcze w okolicy Djupivogur. Przez kolejne dni od nocy. Cóż. Jako, że okołlica była już obeznana a perspektywa rozstawiania namiotu mającego ten ma kament, że zaczynać trzeba od namiot, w strugach zimnego islandzkiego deszczu a potem narzucania nań nie mniej mokry tropik i wskakiwania do takiego przybytku z pewnym przemoczeniem, powiedzmy sobie w każdym calu, nie napawała entuzjazmem ruszyłem co zwawiej w ucieczkę przed deszczem. Szczerze mówiąc nie nastawiałem się a wyczyny 100 km dystansów z przednim wiatrem i po nocy jednak perspektywa ciepłej kamlingowej kuchni i uniknięcia przemoczenia zrobiły swoje. Swoją drogą to była ciekawa jazda, jak nocny wysłannik z innych światów sunący po pustej islandzkiej drodze z towarzystwem dzikich gęsi w zbijających się do lotu z jednej a pomrukiem mglistycj gór po drugiej stronie. Ostatni odcinek jednak przy wyjątkowo niekorzystnym wietrze był naprawdę trudny. Dojechałem już jakoś ok. 3 ciej. Najpierw rozstawiłem namiot, ogrzalem się i coś zjadłem, posiedziałem w przyjemniej ciszy przytulnej, pustej kuchni potem dopiero lunęło. Wiatr do tego byl taki, że nie dało się za bardzo spać. Ale dojechałem.
Niesamowite przeżycia… Nie wiedziałem, że znam kogoś, kto ma tyle wewnętrznej mocy, żeby zmierzyć się z otaczającą przyrodą/naturą i daje rady 😉
Tak skojarzenie – dzisiaj 01.08.2020. 76 lat temu byli tacy którzy, co prawda w innych okolicznościach, ale też musieli dawać radę.
Trzymaj się, Daro.