
Kolejny dzień, gdyby nie to pisanie straciłbym już dawno rachubę. Rano zwijam namiot korzystając z chwilowo bezdeszczowej aury. Jak długo? Wiatr nieraz pokrzyżował pogodowe prognozy więc cieszę się i korzystam w pełni z tego co jest teraz.
W ciepłej kuchni, kawa, śniadanie. Według prognoz deszcz ma się nieuchronnie pojawić na mojej dzisiejszej drodze ale nie przejmuję się tym zanadto korzystając jednak w pełni w przytulnego wnętrza kempingowej kantyny.
Przed dosiąściem srebrnego wierzchowca rozmawiam chwilę z Irlandczykiem, który akurat wyrusza na swoim dwukołowcu w przeciwnym kierunku. Kiedy z pewnym poczuciem dumy opowiadam mu o moim 30 godzinnym przedzieraniu się przez dolinę i pokazuję mu na mapie przerywaną linię kilkunasto-kilometrowej drogi, z której zboczyłem a potem rozmawiamy o planach, on pokazuje mi równie przerywane drogi przez interior, które rzadką siecią ciągną się przez kilkaset km i to nimi zamierza przy dobrych wiatrach dotrzeć do Reykjawiku. Pełny szacunek.
Szczyty, które zdobywamy są największe dopóki są w pełni nasze. Kiedy zaczynamy je porównywać z dokonaniami innych mogą stracić swój wzniosły blask. Dlatego dobrze jest nie chełpić się swoimi dokonaniami nie poprzestając jednak zdobywać tego czego potrzebuje w danym czasie nasza dusza a dokonania innych traktować co najwyżej jako twórczą inspirację.
Wspomniałem mu o jak ponad 20 lat temu objechałem Irlandię i o fascynacji rejonem Connemara. Choć odpowiedział, że Irlandia od tego czasu bardzo się zmieniła to jednak wydaje mi się, że to czego ja szukam gdzieś tam zostało a Irlandczycy nadal pozostają bliscy naszej polskiej mentalności.
Pozostawiwszy rozważania o zmienionej Irlandii ruszyliśmy każdy w swoją stronę pokonywać bezludzia i rozległość tej niezwykłej nawet w pochmurny czas islandzkiej krainy.

Jadąc tak po coraz bardziej pustych i wyzutych z jakichkolwiek zabudować obszarach w kierunku Höfn pogrążałem się coraz bardziej we mgle a wilgotność powietrza i wszelkie zwiastuny na niebie przybliżały mnie do nieuchronnych strug deszczu lejących się z nieba.
Pewien nastrój niesamowitości pogłębiały jeszcze stada dzikich łabędzie żerujących na mijanych, ukraszonych skałami wybrzeżach. Jechałem więc, wiał wiatr, osiadały mgły a co jakiś czas podrywały się klucze łabędzie krzykliwych, których głosy napawały nostalgią za czymś co wydawało się jest już tylko łabędzim śpiewem w przesyconym cywilizacją, zglobalizowanym świecie a tu nagle na peryferiach Europy powstaje z niebytu i pełnym głosem oznajmia swe istnienie.
Kiedy mijałem jedyny na tej trasie kemping w drodze Höfn gdzieś na 60 tym kilometrze wiatr wzmagał się a deszcz wiał już w najlepsze. Spojrzałem tylko w stronę raczej pola biwakowego na jakimś skrawku gospodarskiego pola i pojechałem dalej. Wolę już ponownie przejachać ponad 100 km i spokojnie wysuszyć ubranie i buty w pewnym miejscu skoro nie mogę rozbić się w ciekawym miejscu. Czyżby znów wygoda? Tak Coś gnało mnie naprzód . W jakiś naturalny jakiś sposób wiodąc moją wędrówkę do nieuniknionego końca. Ale podróż trzeba będzie ponowić. Skoro życie jest podróżą to może czas wyruszyć w nieustanną podróż w świat. Wszelkie ku temu przeszkody to jedynie iluzoryczne ograniczenia własnego umysłu. Póki co do Höfn…
