Godzinę przed północą wypłynęliśmy na nieznane dla nas wody południowego Pacyfiku, ciekawi gdzie zastanie nas świt.
Rankiem, dzień wolno wstawał w stłumionej poświacie zasnutego chmurami nieba. Białe chmury ścieliły się po oceanie niczym kołdry śnieżnego puchu zesłane w na wodny świat z lodowych szczytów odległych wulkanów strzegących horyzontu na naszej drodze na południe.

O wschodzie sloncewylonilonsoe zza chmur złotem pokrywając ocean.

Później, kiedy już chmury rozpierzchły się odsłaniając błękit nieba, dając naszej Blue Travel otwarta drogę do paragonskiej krainy marzeń, tysiące gwiazd, niczym z nicnego nieba Aracamy spadło, roziskrzone w wodną toń.

Dalej płynęliśmy w słońcu. Przynajmniej na pokładzie. W środku, na promie, w sali z miejscówkami prawie wszyscy ze 150 uczestników rejsu spala po dość hałaśliwej nocy.
Cechą być może narodową Chilikczyków jest indywidualizm. Raczej nie przejmują się co powiedzą inni, wrażliwość społeczną majanchyba ograniczoną. Słuchanie filmów czy muzyki z własnego telefonu na głośnikach na cały regulator w autobusie czy to w sali z ponad setką podróżnych TP Noe jest dla nich najmniejszy problem. Rozkrzuczane dzieci małżeństwa siedzącego przed nami tuż po północy nie wysłały u rodziców najmniejszej reakcji. Nie ma się zresztą co dziwić, bo tatuś najpierw słuchał własnej muzyki zarażając nią pasażerów a nad ranem, kiedy jego budzik włączał się regularnie co 15 sekund i wył, udawał, że to nie jego. Choć faktycznie może wpadł z chilijski sen o własnej potwdze po koncercie jaki sam dał i za jego przykładem jego latorośle. No ale taki to jest ten chilijski świat. Więc płynęliśmy dalej.
Na pokładzie zaś z upływem dnia rozpierzchły się gdzieś mogły i chmury, a dalekie, ciemne archipelagi okazały się wyspami pełnymi zielenini egzotyki.

A w dali szczyty patagońskich gór bieliły się śnieżnymi czapami wzywając nas do tej niezwykłej krainy.

Kolejna noc poprzedzona słuchaniem że wszystkich telewizorów pokładowych znanego chilijskiego… komika. Noe ważne,że kolejnego dnia ok 6.00 mieliśmy zawinąć do ostatniego portu. Ważnejszy był komik. Przynajmniej dla moze 20 procent słuchających go Chilijczyków. Czyż Chile nie jest komiczne ;-)) A może komiczne i zarazem tragiczne, bogate i biedne, piękne i okropne, długie i wąskie, małe i wielkie. Dobre do doświadczania pełni życia…
O świecie wplynekiśmy do Puerto Chacabuko. Ciemne chmury zwiastowały deszcz.

.