Podróżowaliśmy coraz bardziej na południe. Z powody braku sprzętu zmieniliśmy początkową koncepcję podróży. Zrezygnowaliśmy z kampingowania i w ogóle jazdy na sam koniec Chile w okolice Punta Arenas. Nie odpuściliśmy jednak Patagonii i dla urozmaicenia sposobów podróżowania kupiliśmy bilety na prom: z Quellón wprost w sam środek Patagonii, do portu o wdzięczniej nazwie Chacabuco. Jako, że prom miał płynąć przez archipelag wśród górzystych wysp i zawijać po drodze do wielu portów a oprócz…2 nocy miał płynąć cały dzień, weszliśmy w ten deal licząc na ciekawe widoki i doświadczenia.


Portowe miasteczko, bez rewelacji. Za brzydką dzielnicą portową zarezydowaliśmy na parę godzin u ujścia rzeki, gdzie żerowały stada ptaków.
My więc nie pozostaliśmy dłużni i zdegustowaliśmy zakupiony w Castro specjał z Chiloe, curanto, danie zapiekane w ziemi pod ogniskiem.

Zamiast jednak obiecanych w przepisie, bogatych składników nasza wersja miała jedynie kapustę (odmiana szczawiu) oraz w miejsce małży, raczej ich zmielone, chrzęszczące w zębach skorupki 🙂 Smakowało jak zapiekane przyprawione glony. Ale czego się nie robi dla zróżnicowania smaku;-)
