Po 30 godzinach podróży i wyjściu na ląd okazało się, że trafiliśmy faktycznie do innej strefy klimatycznej. Chile ma ich cztery; ta była trzecia, a nawet czwarta ,-) Na dzień dobry potraktowała nas 10 °C i wiszącym w powietrzu deszczem. Dzięki dobrym ludziom oraz zakupionym przedtem chińskim pelerynom czuliśmy się przygotowani do wyzwań.

Mając parę godzin do zameldowania na kwaterze poszliśmy za miasto, na północ, w kierunku jednego z licznych w tym rejonie jezior. Droga żwirowa jak wiele w okolicy, z początku mało ciekawa, miejska, z zabudowaniami przemysłowymi, domami z czasem stawała się coraz bardziej wiejska, otoczona zielenią. Było pochmurno, nawet deszczowo. Chińskie peleryny przeszły test. Nad rzeką zaczęło lać. Próbowaliśmy schronić się w marinie, jednak ta okazała się kawałkiem opuszczonego gruntu z bramą i paroma łodziami na brzegu. Jedyna nadająca się do schronienia miała przeżartą rdzą kabinę 😉
Ruszyliśmy dalej. Drewniany mostek chybotał się lekko, potem szliśmy wzdłuż rzeki. Klimaty raczej polskie, wiosenne. Na ogrodzeniem mijanego domu pasł się koń. Nie zapowiadało się na przejaśnienie. Tak witała nas długo wyczekiwana Patagonia.
