Kolejnego dnia świtem ruszyliśmy na odległe o ponad 100 km lotnisko po zamówiony samochód. Autobus z Puerto Aysen do Coyhaique spóźnił się kilka minut, ale następny, który odjeżdżał na lotnisko już nie czekał. Na kolejny musielibyśmy czekać prawie 5 godzin, wybraliśmy więc transfer lotniskowym busem. Dzięki temu poznaliśmy, pierwszy raz w Chile, wolność. Dwóch młodych Hiszpanów po wielotygodniowym wspinaniu się na patagońskie szczyty też jechało właśnie na lotnisko. Po tygodniach koczowania na darmowych biwakach, wśród innych zapaleńców, nie pytając o pozwolenia czy bilety wstępu po zawyżonych dla obcokrajowców cenach, realizowali swoje marzenia, byli w najlepszym z możliwych kontakcie ze swoją naturą i z naturą, która była w tym czasie ich domem. Po wejściu na szczyt u ich stóp ścielił się wypełniający przestrzeń na całą długość dziewiczy kanion czuli, że żyją, że to jest ich miejsce na Ziemi. Pomarzyliśmy o takiej wolności.
Będziemy próbować jednak doświadczać jej na swój sposób, jeżdżąc Carretera Austral, najlepszą z malowniczych dróg świata. Ruszyliśmy więc do wypożyczalni i nasze drogi ze zdobywcami chilijskich gór na lotnisku się rozeszły.

Wkrótce ruszyliśmy szutrowym skrótem do Carretera Austral na nasz podbój Patagonii. Pusty, pagórkowaty teren przypominał nam trochę Beskid Niski.

Kiedy już dojechaliśmy do asfaltówki, dalej droga ciągnęła się kilometrami odsłaniając coraz bardziej widoczne z oddali, pokryte czapami śniegu góry. Jechaliśmy nie spiesząc się, delektując się mijanym krajobrazem, często zatrzymując się, aby nacieszyć oczy i obiektywy smartfonów mijanym pięknem.


Przyciągały nas te ośnieżone szczyty bielą lśniące wśród bieli jasnych chmur tańczących na sklepieniu nieba. Wyruszyliśmy więc do wioski Villa Cerro Castillo, by wyruszyć na górski szlak.
We wsi pojechaliśmy boczną, szutrową drogą, aby dotrzeć do granicy Parku Narodowego Cerro Castillo otaczającego górę o tej samej nazwie. Jechaliśmy wolno, mijając jedynie, z rzadka, wędrowców z plecakami na zakurzonej drodze. Jednych podążających w tym samym kierunku chcieliśmy podwieźć, jednak zbyt było ich dużo i rozstaliśmy się żegnani hinduskim złożeniem rąk w geście wdzięczności za dar serca. W końcu, zobaczyliśmy prywatny parking tuż przed tym, jak wąska droga zakręcając, spadała ostro w dół, niczym rwąca rzeka opadająca kaskadami ze szczytów gór ku odległym dolinom. Po chwili niepewności, zanurkowaliśmy jednak w dół i za chwilę wyjechaliśmy na rozległą łąkę otoczoną przez góry. Kiedy dojechaliśmy jednak do ostatniego kampingu na trasie tuż przy bramie z bramą do Parku Narodowego okazało się, że na trasę można wejść tylko do 13.00-ej, ponad godzinę temu. Perswazje nie pomogły. 14 tys. km dzieląca nas od początku podróży nie zrobiły na stażniku najmniejszego wrażenia.
Tak oto skończyło się nasze marzenie o zobaczeniu Patagonii ze szczytu Cerro Castillo. Zostawiliśmy więc samochód nieopodal i ruszyliśmy szutrową drogą dalej pieszo strzeżeni z obu stron przez, znane nam już choć nieustająco trudne do akceptacji, ogrodzenia z drutu kolczastego.
Wkrótce okazało się jednak, że natura również stawia na drodze przeszkody. W poprzek drogi rozpostarła się nagle przez nami, napęczniała od niedawnych opadów rzeka. Owszem, po zaprawieniu w forsowaniu islandzkich potoków jak najbardziej możliwa do pokonania, jednak wtedy spacer przerodziłby się już w wyprawę i po niedługich negocjacjach powróciliśmy do wersji spacerowej za to z opcją, jeszcze tego samego dnia, zwiedzenia rejonu rzeki Ibáñez i największego jeziora w Chile.

Zatrąbiliśmy więc odwrót i po krótkim pikniku na łące, kiedy znaleźliśmy w końcu szczelinę w kolczastym ogrodzeniu 😉 wyruszyliśmy w kierunku Puerto Ingeniero Ibáñez.
Po drodze zabraliśmy chilijską parę z ogromnymi plecakami wracającą w kurzu po parudniowym wędrowaniu po patagońskich szlakach. Polecili nam parę tras trekkingowych, ale czy starczy nam czasu i pogody?
Póki co, aby uczynić naszą podróż bardziej malowniczą, zdecydowaliśmy się pojechać południową stroną rzeki Ibáñez, starą, jako możecie się domyślać szutrową i prawie nie uczęszczaną drogą, z nadzieją, że żadna rzeka nie stanie nam na drodze.

Kiedy więc z znowu zjechaliśmy ze słynnej, acz asfaltowej Carretera Austral w boczną wijącą się aż do granicy z Argentyną drożynę, poczuliśmy się tak jakbyśmy wjechali w inny, XIX wieczny świat. Oddalony od cywilizacji, miast, ludzi. Taki jaki zastali pierwsi osadnicy kreolscy i europejscy, kiedy dotarli tam na samym początku XX w. Droga czasem wznosiła się, momentami ostro, to opadała, a w większości wiła się lekko wiodąc wokół jezior, łąk i rzek. Czasem, ale to naprawdę rzadko, trafialiśmy na jakieś zabudowania, to nad jeziorem , to wśród pagórków i łąk, zapomniane, wyciszone, spokojne z suszącymi się ubraniami na słońcu, poletkami wciśniętymi pomiędzy pagórki, z pasącymi się na łąkach końmi.

Jechaliśmy niespiesznie, chłonąc przestrzeń i cywilizacyjne odosobnienie. Pagórki, dolina, czasem błysnęła w dali szeroka rzeka Ibáñez, a na horyzoncie wznosiły się ku słońcu ostre wierzchołki patagońskich szczytów. Droga do przemierzania wolno. No ale może każda droga prowadząca do poznania świata powinna być niespieszna, pokonywana w rytmie własnego oddechu, pieszo i bez pośpiechu. Jednak wtedy byłaby to całkiem inna podróż. A skoro my znaleźliśmy się tu, w końcu, prawie na krańcu świata, u kresu naszej chilijskiej wyprawy, mając do dyspozycji samochód, korzystaliśmy w tego na swój sposób. Asfalt Carretera Austral był dla nas tylko trampoliną do zagłębienia się w świat polnych dróg, zapomnianych chat na peryferiach świata, łagodnych pagórków i stromych gór sięgających nieba, wijących się rzek i jezior z krystaliczną wodą wprost z andyjskich źródeł.

Poruszaliśmy się więc tym co mieliśmy do dyspozycji . Pojazdem z najdoskonalszych japońskich fabryk na spotkanie z doskonałością natury i choc z kraju, który od 200 lat nazywa się Chile jadąc tą polną zapomnianą, nadgraniczną drogą czuliśmy się przez chwilę, jak przemierzający szlak Indianie. Wolni, niezależni, nie znający granic, żyjący w zgodzie z naturą i z tym co nienazwane, a co jest. We wszystkim wokół…
Tylko te druty kolczaste, które dotarły nawet tu 😉
Kiedy tak wolno zbliżaliśmy się do General Carrera Lake, jeziora na granicy, które zwane też jest Lake Buenos Aires (jakby na przekór licznym chilijskim flagom, umieszczanym w każdym możliwym miejscu przez prawdziwych Chilijczyków), natura upomniała się o równowagę. Na niebie rozpostarła się wielka argentyńska bandera 😉

Argentyna była cały czas podczas naszej chilijskiej podróży gdzieś w tle. Nigdy nie przekroczyliśmy jej granicy, ale wiele razy byliśmy blisko. Od niej też mieliśmy zacząć przygodę z Ameryką Łacińską; była naszą patagońską inspiracją. Na koniec więc pomachała nam swoją flagą wprost z samego nieba.
W końcu dotarliśmy do Rio Ibáñez wodospadami opadającej w kierunku jeziora. Piany wód buzowały nad rwącą taflą rzeki niczym tabuny targanych wiatrami mgieł.
Dotarliśmy w końcu do Puerto Ingeniero Ibáñez, uroczego, turystycznego miasteczka w sercu Patagonii nad wielkim jeziorem Generała Carrera.

Odnowiliśmy zapasy w małych ibáñezkich sklepikach, bo choć był jeszcze słoneczny, letni wieczór to od Puerto Aisén dzieliło nas prawie 200 km i oprócz zmierzchu zastanie nas tam już ciemna noc.
Ruszyliśmy więc tym razem od północy rzeki w kierunku Carretera Austral, zatrzymując się czasem, m.in na przełęczy, mając u stóp wijącą się drogą, która pozwoliła nam wznieść się ponad nią.
