Następnego dnia zniknęło gdzieś słońce, odległe szczyty przestały lśnić w jego blasku, a niezwykłość krajobrazów stłumiły ciemne chmury. Wyruszyliśmy więc dla odmiany na północ wzdłuż zielonej rzeki Mañihuales, która barwy swe jak i nazwę zawdzięcza od mañíos – wiecznie zielonych iglaków porastających jej brzegi.

Dojechawszy do młodej, powstałej w latach 60-tych XX w. wioski o nazwie przepływającej przez nią rzeki, zatrzymaliśmy się na sjestę w ładnie utrzymanym parku, nawiązującym do obecności na tych ziemiach Indian.

Chcąc oderwać się jednak od cywilizacji ruszyliśmy szutrową drogą na wschód, tym razem za przewodniczkę biorąc rzekę Nireguao. Kiedy osiągnęliśmy już odpowiednie oddalenie od ludzkich siedzib w miejscu bliskości rezerwatu nasz pojazd nie był już potrzebny i zaczęliśmy wędrówkę od stromego podejścia, nie zważając na ścielące się na niebie ciemne chmury.

Teren zacząłby wyglądać na dziewiczy gdyby nie wszędobylskie kolczaste druty. Cziiiile 😉 Z prawej okazały się należeć do gospodarstwa pasterskiego bronionego dodatkowo przez sforę psów. Z lewej zaś kolczatki broniły dostępu do rezerwatu.

Chile to jak widać rezerwat zwierząt, przyrody i … ludzi 😉