Parque Aiken del Sur – chciwość i mur!

Ostatniego, pełnego dnia naszej patagońskiej przygody, nadal nie rozpieszczani przez słońce, najpierw z rekomendacji naszego miłego i uczynnego gospodarza zrobiliśmy przymiarkę do zdobycia Cerro Cordon, pobliskiego szczytu.

Okazało się, że nie ma żadnego szlaku, a nawet wydeptanej ścieżki na szczyt. Przed właściwym podejściem przy chatce klubu górskiego zauważyliśmy tylko tabliczkę z zakazem wchodzenia oraz parę spuszczonych ze skał lin. Zrobiliśmy przymiarkę, lecz stromizna i podeszczowa śliskość podłoża sprawiły, że Cerro Cordón stanowi dla nas kordon nie do przebycia.

Pojechaliśmy więc w kolejne zarekomendowane miejsce w okolicach Puerto Aysén. Do Bahía Acantilada, plaży nad zatoką.

Po opłacie za wjazd i postawieniu samochodu na pustym parkingu całą plażę mieliśmy dla siebie 🙂 Siąpiło. Niedaleko jeziora stały duże, porządne szałasy z grillem i ławkami jednak… z przeciekającymi nieco dachami. Jako, że patagońskich chłód, wiatr i deszcz nas chwilowo nie rozpieszczały udaliśmy się do pustego budynku w stanie w środku … surowym. Jednak dach i szklana tafla okna przydała naszej sjeście posmak niejakiego luksusu.

Budynek naszej sjesty. Przyłącze wodne “partyzanckie” , ale widok na zatokę przedni 🙂

Po sjeście opuściliśmy zielone wody zatoki i ruszyliśmy do najbardziej zachwalanego miejsca. Rezerwatu Aiken del Sur.

Po zakupieniu biletów w stróżówce weszliśmy na teren parku i szutrową, raczej samochodową drogą, doszliśmy do ładnego budynku zarządu parku (zamkniętego) i zapoznaliśmy się z zawieszoną opodal mapą Parku.

Nie chcąc iść drogą dla samochodów kilka km, ruszyliśmy do zaznaczonego na mapie mostku na rzece i ścieżki po drugiej stronie rzeki lecz… za zdziwieniem napotkaliśmy szczelnie chroniącą mostek kratę z zamkniętą furtką. Wróciliśmy więc psiocząc nieco pod nosem na drogę samochodową i ruszyliśmy nią z braku alternatywy.

Po jakimś czasie w prawej strony pojawiły się ścieżki arboretum. Wszystkie tabliczki opisujące przyrodnicze okazy były jednak stare i często nieczytelne. Nie przeszkadzało nam to jednak. Natomiast dostęp do rzeki był zagrodzony lub utrudniony.

Araukania

Ruszyliśmy dalej drogą i dopiero po ponad 2 km od drogi odchodził otoczony drewnianymi poręczami szlak do wodospadu. Dodatkowo jednak przy poręczach pojawiły się chroniące dalszą część drogi druty, a jakże, kolczaste.

W końcu zza drewnianych balustrad mogliśmy zobaczyć kawałek tak bardzo chronionej rzeki. Zwieńczeniem drogi był wodospad. Owszem ładny, wysoki na 22 m i lejący 860 m3 wody na sekundę

Wracając, posiłkując się zobaczoną wcześniej mapą, chcieliśmy pójść jeszcze na chwilę nad jezioro Riesco zobaczyć widok z plaży, a może nawet skorzystać z zaznaczonego na mapie punktu gastronomicznego.

Ze zdziwieniem zauważyliśmy znak “No pasar” przy skręcie na plażę. Jednak uznaliśmy, że może dotyczyć co najwyżej wjazdu samochodem, po drugie widzieliśmy przecież mapę, po trzecie zaś mieliśmy bilety do parku. No i jak można chcieć chronić widok na jezioro?

Obok nas, zatrzymała się jeszcze dwójka Niemców, jednak my nie czekając ruszyliśmy nad jezioro.

Nagle zatrzymał się przejeżdżający drogą samochód i jakiś facet zaczął z niego krzyczeć jak najęty “no pasar, no pasar” i coś o terenie prywatnym.

Nie przestawał się drzeć i chcieliśmy wdać się z nim w dyskusję, lecz było to niemożliwe. Lekko wkurzeni odstąpiliśmy od zamiaru podziwiania jeziora.

Wracając szutrówką zobaczyłem ścieżki arboretum, więc wszedłem na nie aby wracać leśną ścieżyną, a nie po zakurzonej drodze z krzykliwymi typami w pokiereszowanych samochodach z obsługi.

Jakież było nasze zdziwienie kiedy nasz znajomy zatrzymał się opodal i znowu zaczął krzyczeć. Bełkotał coś, że zadzwoni do Carabineros. No tego było już za wiele. Zszedłem z powrotem na szutrową drogę, dyskusja zamieniła się w pyskówkę. O dziwo gość zadzwonił gdzieś wielce oburzony. Ruszyliśmy śmiejąc się w duchu, znając szybkość miejscowych służb policyjnych doświadczeni 2 godzinnym czekaniem na patrol po kradzieży w włamaniem do samochodu.

Po drodze jakaś inna kobieta w obsługi wyjaśniła nam, pierwszy raz po angielsku, że mapa mapą, ale nasze bilety są tylko do wodospadu, a oddzielne, specjalne bilety kupowane w innym miejscu raczej dla VIPów zapewniają na dostęp do ścieżki wzdłuż rzeki, obwożenie po parku, zwiedzanie specjalnych miejsc, widok na jezioro wraz z piknikiem i wyszynkiem w cenie.

Tylko tego na mapie nie zaznaczyli, jasno nam o tym nie poinformowali a arogancja faceta z obsługi postawiła skrajnie negatywne świadectwo całemu parkowi Aiken del Sur.

Wracając do samochodu z kolejnym zdziwieniem minęliśmy jadący z naprzeciwka samochód Carabineros. Przyjechali po około kwadransie z odległego o prawie 10 km Puerto Chacabuco. Szliśmy jednak pewnym krokiem, a za zakrętem wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy z niesmakiem kolejnych chilijskich ograniczeń, stawiania murów i chciwości. Ale także służeniu chilijskiej policji właścicielom ziemskim, a nie zwykłym obywatelom, nie mówiąc już o przyjezdnych turystach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *